Zeszłoroczne, pierwsze w Polsce pięciogwiazdkowe zawody w Polsce zawiesiły bardzo wysoko poprzeczkę. Byłam bardzo ciekawa czy i w tym roku odbędą się z taką „pompą” 😉

Zaznaczam od razu, że jest to tylko moja subiektywna opinia, z pozycji fotografa z biura prasowego 😉

Po pierwsze, rok olimpijski przyciągnął do Sopotu bardzo mocną stawkę zagranicznych zawodników. Co prawda po cichu liczyłam na powtórkę sprzed 4 lat (też rok olimpijski notabene) w postaci Josa Lansinka, Marin Bayard Johnsson, czy któregoś z Whitakerów (rok temu) ale suma summarum, pod względem światowego top10, to były najlepiej obsadzone zawody. Po pierwsze przyjechała Bezzie Madden! A także: James Paterson, Holger Wulschner, Cassio Rivetti, Geir Gulliksen, Linnea Ericsson-Carey, Rene Tebbel. I znów potwierdziła się moja obserwacja: Jak na dłoni było widać, kto jeździ superligę 😉 Wiadomo, że tacy zawodnicy na zawody do Polski nie zabierali swoich koni nr 1, bo – umówmy się – nie były to dla nich zawody zarobkowe, tylko bardziej szkoleniowe dla młodych i niedoświadczonych jeszcze koni. I tak np. taka Bezzie Madden, mimo, że nie wygrała żadnego konkursu, zdarzały się jej zrzutki, to patrzyło się na jej przejazdy z rozdziawioną gębą. 100% profesjonalizmu, klasy, spokoju i pięknego stylu, zero szarpaniny czy posyłów z łokcia.

W kwestii Polaków…

Nie było w tym roku żadnego mazurka. Znowu ktoś powie, że taaaak, przyjechali żeby zobaczyć jak się na zachodzie jeździ i jak zwykle po de dostali. Należy zacząć od tego, że tak naprawdę w Polsce NIE MA koni startujących na zawodach pięciogwiazdkowych. Są to głównie kwestie ekonomiczne oczywiście, a nawet jeśli hipotetyczna para koń i jeździec na takowe zawody jeździ to i tak jest to po prostu za mało by obskakać się na tak trudnych i wymagających parkurach. Koniarze doskonale wiedzą, że odeszły już czasy, gdy takie zawody wygrywało się tylko i wyłącznie potęgą skoku i szybkością galopu. Teraz parkury są czysto techniczne – sprawdzające gibkość, zwrotność oraz posłuszeństwo konia, a dopiero potem jego skoczność. Jak to mówią „I krowa skoczy 140!” Krowa pojedynczą przeszkodę 140 skoczy, ale cały parkur złożony z linii, szeregów – już niekoniecznie.

Dodatkowo, zauważyłam pewien trend, niekoniecznie dobry dla osiągania coraz to lepszych wyników, no ale znów – paskudna ekonomia. Mianowicie, posiadając naprawdę dobrych, zdolnych zawodników, którzy moim zdaniem z palcem w nosie mogliby konkurować z najlepszymi na świecie, daje się im konie młode. Do tzw. ‚roboty’. Robota zostaje wykonana, koń nabiera doświadczenia, zdobywa wyniki, wygrywa. Co dalej? Brutalny świat w dwóch wariantach:
– Koń zostaje z zyskiem sprzedany, gdzie kontynuuje karierę, lub z mniejszym/większym sukcesem przewozi młodych adeptów sztuki jeździeckiej przez niższe konkursy, kosząc średnio po kilka drągów w jednym konkursie. Zawodnik znów dostaje młode konie do jeżdżenia i koło się zamyka.
– Koń zostaje u zawodnika, jednak presja wyników jest coraz większa, obciążenia są coraz większe, że koń po prostu nie wytrzymuje tempa i oczekiwań. Ta sytuacja akurat, zauważyłam, że ma coraz rzadziej miejsce na szczęście. Ludzie wydają się mieć coraz większą świadomość tego, że koń to nie jest rakieta tenisowa czy rower i że posiadając jednego klasowego konia, nie można go orać tydzień w tydzień na każdych zawodach, o przysłowiową pietruszkę.

Żeby już nie biadolić jak to beznadziejnie u nas jest 😛 Stwierdzam jednak, że powoli coś się tam jednak dobrego dzieje (pomijając samą organizację zawodów 5*) – cieszą czyste parkury w Pucharze Narodów, dobre przejazdy młodych zawodników w najtrudniejszym konkursie Grand Prix, oraz to, że stwierdzenie, że Polacy są beraitrem Europy zachodniej, chyba deko odchodzi do lamusa. Pod względem stylowej, jazdy moim zdaniem nie mamy się czego wstydzić.

Jeśli chodzi o organizację

Mogę bez kozery powiedzieć, że w tym roku było najlepsze biuro prasowe od wieków! W końcu lokalizacja pozwalała na śledzenie na bieżąco tego, co się dzieje na parkurze, podczas konkursów nie musiałam się zbytnio bić z tłumami ‚ludzi-photographerów’ iphonowych 😉 wifi było dostępne od pierwszego dnia (no, dobra z małymi przerwami, w czwartek :P) i nikt nie latał w popłochu nad głową, że coś się popsuło/czegoś nie ma/czegoś potrzeba na wczoraj. Dodatkowo, w piątek, w PN zwłaszcza, ciepła herbata okazała się zbawienna.

W tym roku też nie było aż tak spektakularnych pokazów między konkursami, co jak dla mnie – jest oczywiście plusem. Jest to chyba też wynik tego, że skoro wstęp jest płatny, to statystyczny Kowalski, który kupuje bilet, twardo siedzi na trybunach i ogląda konkursy, a nie szwęda się po budkach z kebabami. (to oczywiście też, bo zjad foodtracków też był 🙂 Mimo, ze niestety nie udało mi się do żadnego dotrzeć)
Z czysto wizualnego punktu widzenia – w tym roku też było mniej kwiatów przy przeszkodach na parkurze. No i od lat znienawidzony przez wszystkich – zielony kontener będący sędziówką. Łudzę się, że kiedyś dożyję momentu, w którym go pomalują chociaż na biało 😛

Ostatnie – najważniejsze!

Hipodrom w końcu ma uśmiechniętą, otwartą i profesjonalną prezes, która ma pojęcie o pojęciu – nie tylko w sensie jeździeckim, ale i marketingowym jak i PRowym. Jak do tego dodać równie fajną i zgraną ekipę, jaką prezes skompletowała – nie mogło się nie udać! 🙂
Mam nadzieję, że przyszłoroczne zawody będą jeszcze lepsze, po cichu nawet zaczęłam się zastanawiać jakie wymogi trzeba spełniać, by zorganizować zawody cyklu Global Champions Tour (poza kwestiami sponsorowo-finansowymi ofc :P) Kiedyś pięciogwiazdkowe zawody w Polsce brzmiały jak czysta abstrakcja, więc kto wie, w końcu do odważnych świat należy… 🙂

Equine Sport Photography